Skip to content
Okulary Na Świat
Menu
  • Strona główna
  • O nas
  • Tu i tam
    • Afryka
      • Egipt
    • Ameryka Północna
      • Meksyk
    • Azja
      • Arabia Saudyjska
      • Indonezja
      • Izrael
      • Malezja
      • Singapur
      • Tajlandia
      • Turcja
      • Wietnam
      • ZEA
    • Europa
      • Anglia
      • Belgia
      • Chorwacja
      • Czechy
      • Estonia
      • Francja
      • Grecja
      • Holandia
      • Łotwa
      • Macedonia
      • Polska
        • Małopolskie
        • Podkarpackie
        • Pomorskie
        • Wielkopolskie
      • Rumunia
      • Słowacja
      • Węgry
  • Lifestyle
    • Inspiracje
    • Hotele
    • Pyszności
    • Projekt: rodzina
      • z Afryki
      • z Ameryki Północnej
      • z Ameryki Południowej
      • z Azji
      • z Europy
    • Recenzje książek
    • Recenzje linii lotniczych
    • W podróży z dzieckiem
  • Tanie latanie
  • Współpraca
  • Kontakt
  • Polski
  • English
Menu

Nie taki diabeł straszny – czyli pierwszy lot Adasia

2019-05-292020-12-30 by OkularyNaŚwiat

Na pierwsze dalsze wakacje wybraliśmy się pod sam koniec sezonu, bo w pierwszym tygodniu października. Wybór padł na – zdawałoby się – słoneczną i gorącą Bułgarię. Paradoksalnie nic bardziej mylnego. Wyjeżdżając zostawiliśmy w Polsce piękną pogodę, zaś w Bułgarii zastaliśmy silny wiatr i zachmurzone niebo. Ale od początku…

Pomysł wakacji na początku października zrodził się gdy byliśmy już pewni, że bardzo chcemy znów lecieć do Krainy Uśmiechu. Tym razem chcieliśmy ze sobą zabrać naszego wówczas siedmiomiesięcznego syna. Założenie było proste – szukamy wakacji w miejscu oddalonym o maksymalnie 5 godzin lotu, co miało na celu „chrzest bojowy” i „sprawdzenie” naszego pierworodnego w ekstremalnych warunkach, 12 km nad ziemią ?. Ala podjęła się niełatwego zadania znalezienia odpowiedniej oferty. Po wnikliwym dochodzeniu udało się wskazać dwie destynacje; bliższą i dalszą. Dalszą destynacją była Tunezja z wylotem z Katowic lub z Warszawy – i w jednym i w drugim przypadku wylot miałby być wczesnym rankiem, czy też nawet w nocy, a co za tym idzie, czekałaby nas nocna podróż samochodem z Poznania do Warszawy lub też Katowic. Zdecydowaliśmy się na drugi, nieco bliższy kierunek – Obzor w Bułgarii z wylotem z Poznania. Oprócz niewątpliwego plusa jakim jest wylot z Poznania, w Obzorze czekał nas tydzień w wersji All Inclusive. Tunezja zarówno z Katowic, jak i z Warszawy była w opcji HB. W październiku tego typu wakacje nie są wcale drogie – wszak jest to końcówka sezonu. Obie destynacje były wcześniej znane Ali; w Tunezji była niegdyś Animatorką czasu wolnego, zaś w Bułgarii Rezydentką.

Lot do Burgas był w sobotę, 6 października po południu. Na Ławicy pojawiliśmy się około 2 i pół godziny przed odlotem. Nie wiedzieliśmy czego się spodziewać, a byliśmy niemal pewni, że procedury lotniskowe, związane z podróżą z niemowlakiem mogą zająć znacznie więcej czasu niż w przypadku podróży we dwoje. Szybko okazało się jednak, że nie taki diabeł straszny jak go malują… czy raczej może nie taki diabeł straszny, jak wymalowała go nasza wyobraźnia ?.

Po przybyciu na lotnisko i ostatnim skontrolowaniu naszych bagaży – głównie celem upewnienia się, iż wszelkie niezbędne rzeczy w trakcie lotu mamy w bagażu podręcznym – skierowaliśmy się do punktu odpraw. Ustawiła się przed nim już niemała kolejka. Obawiając się tego, iż możemy nie zdążyć z odprawą i kontrolą bezpieczeństwa Ala podeszła do stanowiska odpraw i zapytała, czy z uwagi na dziecko moglibyśmy odprawić się poza kolejnością. Niezwykle uprzejmy Pan odprawiający nas na lot do Bułgarii powiedział nam, że jak najbardziej i z uśmiechem zaprosił nas do swojego biurka. Spytaliśmy oczywiście naszych współpasażerów czy nie mają nic przeciwko, jednak ku naszemu zdziwieniu odpowiedzieli nam tak samo jak Pan ze stanowiska odpraw. Podziękowaliśmy zatem i podeszliśmy do biurka. Oddaliśmy nasze walizki, które – po nalepieniu na nie kwitów bagażowych – odjechały na taśmie do sortowni. Zapytano nas jaki mamy wózek; czy dwu, czy jednoczęściowy. Na każdą część wózka dostaliśmy osobny kwit bagażowy i udaliśmy się do kontroli bezpieczeństwa. Okazało się, że tu rzeczywiście potrzeba znacznie więcej czasu niż przy podróży bez dziecka. Należało złożyć wózek i położyć na taśmie. Warto wspomnieć, że do Bułgarii leciał z nami sporej wielkości dwuczęściowy wózek spacerowy. Klasycznie przed kontrolą bezpieczeństwa należy wyjąć laptopa. W przypadku podróży z niemowlakiem dochodzi do tego jeszcze jedzenie dla dziecka, które należy pokazać obsłudze lotniskowej. Plusem jest to, że podróżując z niemowlakiem nie ma w zasadzie – a przynajmniej my nie spotkaliśmy – limitów przewozu płynów w bagażu podręcznym. Lecąc do Bułgarii mieliśmy ze sobą jakiś litr wody. Do przygotowania jedzenia dla Adasia potrzebowaliśmy 210 ml, więc i my mogliśmy w razie czego ugasić pragnienie ?. Jedzenie dla dzieci w razie żądania kontrolera należy przy nim spróbować.

Kontrola bezpieczeństwa naszej trójki potrwała jakieś 15 minut. Podzieliliśmy się zadaniami; Ala zajęła się Adasiem i wraz z nim przeszła przez bramkę kontrolną, zaś ja zająłem się wózkiem i bagażami podręcznymi. Po odprawie i ponownym złożeniu wózka udaliśmy się do stanowiska odprawy paszportowej (wylatywaliśmy poza strefę Schengen), a stamtąd już prosto do naszej bramki, gdzie oczekiwaliśmy na boarding. Tu musimy pochwalić naszego syna, który pomimo tego iż czekaliśmy w kolejce do boardingu nie marudził zbytnio, a jedynie z zaciekawieniem rozglądał się dookoła, obserwując naszych współpasażerów. Do samolotu podjeżdżaliśmy autobusem. Po dojeździe na miejsce rozdzieliliśmy się i Ala wraz z Adasiem weszli na pokład samolotu, zaś ja zająłem się wózkiem, który złożony należało pozostawić przy schodach i bagażami podręcznymi. Ciągłe rozkładanie i składanie całkiem sporego wózka nie jest do końca wygodne. Jeżeli wiek dziecka na to pozwala to – z perspektywy czasu – zdecydowanie polecam tzw. „parasolkę”. W przypadku naszego „dużego” wózka koła zdecydowałem się również zdemontować i wziąć ze sobą na pokład.

No i czas na kołowanie i… start!

Bardzo obawialiśmy się tego momentu. Prędkość, dzięki której dosłownie wbija w fotel, potworny hałas, aż wreszcie nagła i szybka zmiana ciśnienia. Dla osób dorosłych, które już miały okazję podróżować samolotem stanowi to nie lada wyzwanie i niejednokrotnie jest niezwykle męczące. My też wiedzieliśmy z czym nam się za chwilę przyjdzie zmierzyć.Po zajęciu miejsc w samolocie stewardessa podeszła do nas, wręczyła nam mały pas dla Adasia i objaśniła nam jak podłączyć go do naszego pasa. Podczas startu i lądowania w drodze do Burgas to ja trzymałem naszego syna na kolanach, więc i do mojego pasa podpięliśmy wedle zaleceń personelu pokładowego mały pas Adasia i mocno go w niego zapięliśmy. Słyszeliśmy wcześniej skąd inąd, że bardzo dobrą praktyką jest wcześniejsze przygotowanie butelki i danie maluchowi w trakcie startu, lub przystawienie dziecka na czas startu. Dobrze. A co jeśli dziecko karmione jest z butelki i zdąży ją opróżnić nim samolot wystartuje? Ten dylemat spotkał właśnie nas i wówczas ratunkiem jest smoczek. Chodzi o to, żeby dziecko podczas startu zmuszone było do tego by przełykać ślinę, dzięki czemu samo wyrównuje sobie ciśnienie. Warto mieć pod ręką więcej niż tylko jeden smoczek. W razie gdyby wypadł podczas startu nie będzie możliwe „nurkowanie” pod siedzenia w celu jego odszukania. Lepiej więc mieć co najmniej jeden na zapas. Smoczek lub butelka przyda się również podczas zniżania i lądowania.

Nasz pierwszy lot we troje przebiegł znakomicie. Adaś niedługo po starcie zasnął i przespał dobre pół lotu. W drugiej połowie lotu zebrało mu się nawet na wygłupy. Bawił się z nami i śmiał aż do samego końca lotu. Kilkoro współpasażerów dziwiło się nawet wychodząc z samolotu, gdyż nie wiedzieli, że podróżują z maluchem na pokładzie – Adaś był po prostu na medal! ?. Po wylądowaniu na lotnisku w Burgas okazało się, że wózek odbierzemy dopiero wraz z bagażami. Zazwyczaj jest w ten sposób – i tak było po powrocie do Poznania – że wózek czeka na nas zaraz po wyjściu z samolotu. Ze względu na to iż Bułgaria nie znajduje się w strefie Schengen po przylocie, a przed odebraniem bagaży trzeba było swoje wystać w całkiem sporej kolejce do odprawy paszportowej. Na szczęście i w tym przypadku mogliśmy liczyć na uprzejmość współpasażerów, którzy przepuścili nas przodem, za co – nie ukrywamy – byliśmy ogromnie wdzięczni ?.

Małe podsumowanie – czyli w telegraficznym skrócie co jest najważniejsze przy podróży samolotem z niemowlakiem:

Przybądź na lotnisko odpowiednio wcześnie. Daj sobie odpowiednią ilość czasu tak, aby upewnić się, że Twój bagaż podręczny zawiera wszelkie niezbędne w trakcie lotu z dzieckiem akcesoria; jedzenie dla dziecka i wodę w ilości odpowiedniej do długości lotu (jeśli maluch karmiony jest z butelki), dwa – trzy smoczki, matę na przewijak (w toaletach zarówno na lotnisku jak i w samolocie są przewijaki, ale strach pomyśleć nawet ile jest na nich bakterii), pieluszki, woreczki na zużyte pieluszki, mokre chusteczki, śliniaczek, coś do zabawy dla dziecka. Nie spiesz się i wyluzuj – wszystko pójdzie dobrze ?.

Zarówno przy odprawie bagażowej, jak i w trakcie kontroli bezpieczeństwa możesz liczyć na priorytet, lub osobną kolejkę. Warto o to poprosić i pamiętaj by zapytać współpasażerów czy nie mają nic przeciwko – zgodzą się na pewno. My baliśmy się, że znajdzie się pasażer, który zacznie kręcić nosem, ale takiego nie było. Z resztą… trzeba też wiedzieć, że stojący w kolejce współpasażerowie za chwilę spokojnie wejdą do samolotu i spędzą ten lot śpiąc, czytając, czy też słuchając muzyki przy czym my musimy zajmować się naszym dzieckiem co bywa nieco bardziej męczące niż stanie w długiej kolejce ?.

Wózek możemy wziąć ze sobą aż do samolotu. Jeżeli na pokład wchodzimy przez rękaw to złożony wózek zostawiamy tuż przed wejściem na pokład, zaś jeżeli do samolotu podjeżdżamy autobusem, czy też idziemy na pieszo – wózek pozostawiamy złożony obok schodów. Jeżeli wózek jest więcej niż jednoczęściowy to na każdą część dostajemy osobny kwit bagażowy.

Podczas startu, zniżania i lądowania trzeba dbać o to by maluch przełykał ślinę, dzięki czemu wyrównuje on sobie ciśnienie.

Po wylądowaniu wózek odbieramy spod schodów samolotu lub też wraz z bagażami z taśmy bagażowej.

To chyba tyle… jeżeli chcielibyście o coś jeszcze zapytać – piszcie w komentarzach! ?

 

Wróć

____________________________________________________________________________________________________________
  • Jak spakować 8-miesięczne dziecko do Tajlandii
    Jak spakować 8-miesięczne dziecko do Tajlandii
  • 6
    ​Bardzo długa podróż samolotem z dzieckiem

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Polub nas na facebooku

Śledź nas na Instagramie

🏚️ Osiedle Przyjaźń – czyli warszawska kapsuła cza 🏚️ Osiedle Przyjaźń – czyli warszawska kapsuła czasu.

Tu czas się zatrzymał - drewniane domki, ciche podwórka i malownicze werandy, które widziały więcej niż niejeden monitoring. 
Zamiast szklanego biurowca – zielony domek z kotem na dyżurze. Zamiast parkomatu – zaparkowany skuter z duszą. A zamiast bramy z domofonem – pies z noskiem wystawionym pod furtkę 🙂

Kiedyś tymczasowe miasteczko dla radzieckich budowniczych Pałacu Kultury, dziś – pełnoprawna stolica drewnianego klimatu i niezamierzonych sentymentów.
#warszawa #osiedleprzyjaźń #osiedleprzyjazn #drewnianedomki #drewnianedomy #atrakcjewarszawa
🧶 Praga się wydziarała… tzn. wydziergała! 🧶 Warsz 🧶 Praga się wydziarała… tzn. wydziergała! 🧶

Warszawska Praga. Miejsce, gdzie czasem trudno odróżnić sztukę uliczną od sabatu miejskich dziwadeł.  To tutaj słupki – TE nudne, czarne, uliczne kikutki – postanowiły wyjść z cienia i… założyć swetry. A efekt? Każdy słupek ma więcej osobowości niż niejeden kandydat w wyborach samorządowych.

Baby Yoda? Jest. Minionek? Oczywiście. Kicia Kocia? A jakże. Fortepian w rozmiarze słupkowym? Czemu nie!
Są też paski, kropki, kwiatki i podejrzane stworzenia przypominające wełniane kaktusy po LSD. 

I nie pytaj, czy to sztuka – to Praga.

Praga się nie zmienia. Praga się rozwija – z pętelki na pętelkę.

📍ul. Kawęczyńska, Warszawa##

#warszawa #warszawapraga #warszawazdzieckiem #warszawazdziećmi #warszawa_warsaw #pragapołudnie #atrakcjewarszawa #atrakcjewarszawy
W Dubaju wszystko musi być większe - nawet chwasty W Dubaju wszystko musi być większe - nawet chwasty :)

W samym sercu Dubaju, tuż obok Burdż Chalifa, można natknąć się na gigantyczne dmuchawce. Nie, nie rosną tutaj naturalnie. To rzeźba polskiego artysty Mirka Struzika(tak, dobrze czytacie – Mirek to Polak, który zrobił Dubajowi łąkę:)). Jego gigantyczne dmuchawce wyglądają, jakby ktoś wziął zwykłe polne rośliny i wrzucił je do laboratorium, w którym inżynierowie Dubaju projektują kolejne megastruktury. Efekt? Futurystyczna łąka ze stali nierdzewnej, podświetlona w taki sposób, że wieczorem wygląda jak scenografia do filmu science fiction.

Jeśli Dubaj ma jedną zasadę, to brzmi ona: rób wrażenie. I dmuchawce Mirka Struzika doskonale wpisują się w tę filozofię.

#dubaj #dmuchawcedubaj #dzieckowdubaju #dubajzdzieckiem #dubaj🇦🇪 #mirekstruzik #polacywpodróży #polacywdubaju #burdżchalifa #burdzchalifa
Nasz trzeci raz w Dubaju. Trzydniowy stop w drodze Nasz trzeci raz w Dubaju. Trzydniowy stop w drodze do Wietnamu. Gdzie się zatrzymać? Braliśmy pod uwagę dwie opcje: Deirę – starą, handlową część Dubaju, oraz Szardżę – sąsiedni emirat, który jest tańszy, ale jednocześnie konserwatywny i mniej „dubajski”. Ostatecznie wygrała Deira – bo blisko lotniska i bardziej autentyczna.
 

Deira – Dubaj, który oddycha, a nie tylko błyszczy🫚🧄🧅

Jeśli wasza wizja Dubaju to jedynie szklane wieżowce, złote klamki i klimatyzowane przystanki autobusowe, to Deira może was zdziwić. To tutaj miasto naprawdę żyje. Nie w Instagramowym sensie „wow, patrzcie na ten infinity pool”, ale w rzeczywistości – w wąskich uliczkach, przy zatłoczonych bazarach, w zapachu świeżego chleba i przypraw.

Wielu uważa Deirę za „mniej bezpieczną”, co w języku turystów oznacza zazwyczaj: jest tam taniej i bardziej autentycznie. W rzeczywistości nie czuliśmy się tu ani trochę zagrożeni – może poza chwilą, gdy sprzedawca perfum próbował przekonać nas, że jego zapach „trzyma się dwa tygodnie” 😉

Kto mieszka w Deirze? 👳‍♂️🧕

Deira to Dubaj imigrantów. Mieszka tu głównie ludność pochodząca z Indii, Pakistanu, Bangladeszu, Filipin i Afryki Wschodniej. To oni od dekad tworzą to miasto – prowadzą sklepy, smażą najlepsze samosy w okolicy i zarządzają biznesami, które pozwoliły Dubajowi stać się tym, czym jest. 

Abra – najtańsza atrakcja Dubaju🚣

Jedną z największych atrakcji Deiry jest przeprawa przez zatokę Dubai Creek. I tu wchodzi ona – cała na drewniano – abra. To tradycyjna łódka, którą od wieków mieszkańcy Dubaju przemieszczali się między Deirą a Bur Dubai. Koszt tej przygody? 2 dirhamy (czyli jakieś 2,20 zł). Tak, w Dubaju nadal istnieje coś, co kosztuje mniej niż batonik w automacie. 

Przejazd trwa dosłownie kilka minut, ale to wystarczy, by poczuć klimat dawnego Dubaju. 

#dubaj #dubajzdzieckiem #deira #deirazdzieckiem #dubaicreek #dubaj🇦🇪 #emiratyarabskiedlapolaków #dubajdlapolaków #dubajewo #dzieckowdubaju #abra #abradubaj
Ile kosztuje dostanie się do Wietnamu? Podzielimy Ile kosztuje dostanie się do Wietnamu? Podzielimy się naszymi kosztami i przemyśleniami, ale zaznaczamy: byliśmy uwiązani terminami, więc niektóre decyzje można było zorganizować taniej. Mediana? Zazwyczaj wychodzi drożej. A my? No cóż, złapaliśmy kilka okazji, ale i kilka wpadek. Oto jak to wyglądało.

Loty – czyli jak nie zbierać mil🛫

Nasza podróż rozpoczęła się od lotu do… Dubaju. Dlaczego? Bo promocje kuszą. Turkish Airlines miało wtedy świetną ofertę – bilety w dwie strony za 1150 PLN na osobę, z bagażem rejestrowanym i posiłkiem na pokładzie. Brzmiało jak marzenie, prawda? Tym bardziej że zbieramy punkty Miles & More. 
Niestety, jak się później okazało, w zakupionej przez nas taryfie punkty nie są naliczane. Brawo my 🙂

Na dokładkę czekała nas sześciogodzinna przesiadka w Stambule. Czy można to było zorganizować lepiej? Pewnie. Ale przynajmniej odkryliśmy pro tip: jeśli macie przesiadkę dłuższą niż 5 godzin, Turkish Airlines oferuje darmowy posiłek na lotnisku. Wystarczy udać się do Care Pointu i poprosić o voucher – dostaniecie kupon na posiłek z napojem do wykorzystania w jednej z restauracji. Biorąc pod uwagę ceny na lotnisku w Stambule (jedna kanapka Big Mac za 62 PLN, serio?), to jest game changer.

Dubaj – trzy dni błyskotek🏙️🇦🇪

W Dubaju spędziliśmy trzy dni. Nie będziemy się rozpisywać, bo Dubaj to Dubaj: błysk, przepych i klimatyzacja ustawiona na „syberyjski mróz”. Naszym następnym krokiem był lot Cathay Pacific do Wietnamu – dokładnie do Ho Chi Minh.

Lot do Wietnamu ✈️🇻🇳

Za bilet w dwie strony z Dubaju do Ho Chi Minh zapłaciliśmy 1450 PLN na osobę. Cena obejmowała bagaż rejestrowany i posiłek, a Cathay Pacific, linie z Hongkongu, zadbały o nasz komfort. W Hongkongu mieliśmy kilkugodzinną przesiadkę i ambitny plan: szybkie zwiedzanie. Niestety, plan rozbił się o deszczową rzeczywistość i naszą walkę z jet lagiem. Zamiast eksploracji miasta wybraliśmy siedzenie na lotnisku.

#wietnam #lotydowietnamu #vietnam #turkishaitlines #cathaypacific #lotniczetipy #taniebiletydoazji #taniebiletydowietnamu #biletydosajgonu
Instytut Oceanografii w Nha Trang, jedno z najstar Instytut Oceanografii w Nha Trang, jedno z najstarszych centrów badawczych w Wietnamie, zaprasza na niezwykłą podróż w głąb oceanu. A dokładniej – w głąb starego budynku pełnego ryb, formaliny i lekkiego chaosu. Brzmi jak coś dla was? No to zaczynajmy!

Wchodzimy do środka. Tutaj zaczyna się prawdziwa podróż, która bardziej przypomina wycieczkę do muzeum z czasów naszego dzieciństwa niż nowoczesne centrum edukacyjne.

Co znajduje się wewnątrz?🐠🦈🐙🪼
 • Akwaria – kilka pomieszczeń z małymi zbiornikami, w których pływają ryby, koralowce, a czasem coś, co wygląda jak mieszanka obu. Nie spodziewajcie się oceanicznego spektaklu na miarę dubajskiego akwarium – to raczej skromna prezentacja lokalnej fauny morskiej. 
 • Wypchane stworzenia morskie – tu zaczyna się prawdziwa zabawa. Rekiny, żółwie, a nawet wieloryby w wersji „po życiu” czekają na was w szklanych gablotach. Niektóre eksponaty są imponujące, inne wyglądają, jakby miały za sobą długą i bolesną podróż przez czas. 
 • Zbiory w formalinie – jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, jak wygląda ośmiornica w słoju, to macie okazję się przekonać. Kolekcja jest imponująca, ale trochę przypomina gabinet osobliwości z XIX wieku. Może i niezbyt nowoczesne, ale na pewno oryginalne.

Ile to kosztuje?💵
Wstęp kosztuje zaledwie 40 000 VND (około 7 zł) za osobę dorosłą i 20 000 VND (około 3,5 zł) za dziecko.

Jak się tam dostać?🚍🛵
Instytut znajduje się około 6 km od centrum Nha Trang. Najłatwiej dojechać  taksówką. Jeśli wolicie spacer, przygotujcie się na trochę wysiłku w tropikalnym słońcu (przetestowane). Fajnie idzie się plażą. Później, na ostatnie km, lepiej wziąć taksówkę.

#nhatrang #nhatrangvietnam #nhatrangzdzieckiem #wietnamzdzieckiem #polacywwietnamie #muzeumwwietnamie #wietnamskie #wietnam2024 #urlopwwietnamie #wakacjewwietnamie
W cieniu betonowych hoteli i gwaru skuterów w Nha W cieniu betonowych hoteli i gwaru skuterów w Nha Trang, znajdujemy Świątynię Long Son – miejsce, które łączy duchowość, architekturę i odrobinę wysiłku fizycznego.

Świątynia Long Son, znana także jako Pagoda Białego Buddy, została zbudowana pod koniec XIX wieku, choć obecny wygląd to efekt wielu remontów. 

Aby dotrzeć do najsłynniejszego punktu Long Son – wielkiego, siedzącego Białego Buddy – musimy wspiąć się po 152 schodach. Brzmi niewinnie? Poczekaj, aż poczujesz wietnamską wilgotność. 

Po drodze zatrzymujemy się przy Leżącym Buddzie - i tak, jest tak spokojny, jak tylko można sobie wyobrazić. Posąg przedstawia Buddę w momencie nirwany – czyli w stanie, który można osiągnąć, gdy przestajesz przejmować się szaleńczym ruchem w Nha Trang. To świetny moment, by złapać oddech (lub wymyślić pretekst, żeby już nie iść dalej).

Na szczycie wzgórza czeka na nas nagroda: gigantyczny, 24-metrowy posąg siedzącego Buddy Gautamy na lotosowym tronie. Widoczny z wielu części miasta, ten posąg jest nie tylko symbolem Long Son, ale też Nha Trang jako całości.

#wietnam #nhatrang #nhatrangzdzieckiem #świątyniawnhatrang #wakacjewwietnamie
Po dotarciu kolejką linową (tak, tą jedną z najdłu Po dotarciu kolejką linową (tak, tą jedną z najdłuższych nad wodą – 3,3 km), stajemy na ziemi Hon Tre i mamy ochotę krzyknąć „wow”. 
Palmy, szerokie chodniki, perfekcyjnie ułożona kostka i uśmiechnięta obsługa w firmowych uniformach. Ale zaraz… Gdzie ci wszyscy ludzie? Mimo popularności miejsca, wydaje nam się, że spacerujemy po lekko opustoszałym planie filmowym.

Po jakimś czasie spędzonym w kraju, gdzie skutery to przedłużenie nóg, a przepisy ruchu drogowego są raczej sugestią a nie regułą, Hon Tre jawi się nam jako dziwna, niemal surrealistyczna oaza. Wyobraź sobie – ani jednego skutera! Żadnych trąbiących klaksonów, żadnego ryzyka, że wjedzie w Was skuterzysta, który jednocześnie rozmawia przez telefon, wiezie dwie osoby oraz kurczaka w klatce. W zamian dostajemy chodniki. Tak, chodniki – i to takie, po których naprawdę można chodzić.

Nie ma się co oszukiwać – Hon Tre to miejsce, gdzie ryzyko zostało wyeliminowane do zera. Chcesz przejść przez ulicę? Proszę bardzo, nie ma ulic. Masz ochotę na dreszczyk emocji? Musisz poszukać go w parku rozrywki VinWonders, bo spacerując po wyspie, możesz co najwyżej potknąć się o własną nogę.

Hon Tre to Wietnam na sterydach – piękny, idealny, ale trochę… sztuczny:)

#wietnam #wietnamzdzieckiem #wyspawietnam #nhatrangatrakcje #hontre #hontre
Instagram

Dołącz do naszej grupy na FB: Tanie loty i wczasy – same rarytasy :)

grupa na fb
© 2026 Okulary Na Świat | Powered by Minimalist Blog WordPress Theme